Jak to dobrze, że mieliśmy jeden wielki namiot, to tam odbyła się integracja. Taka, że jak jedni rano wstawali to inni właśnie szli spać.
Miły pan od kajaków, spóźnił się. Miał nas zabrać i zawieźć na start. Później okazało się, ze nie ma dla nas kapoków, bo nikt ich nie używa a wszyscy na nich siedzą, a kapoki się niszczą. Musiał jechać po kapoki oraz jeden mały. Start na rzekę został opóźniony.
link do kilku zdjęć z XI spływu - Tanew
Zaczynamy na szumach. Więcej chodzenia po progach i spławiania kajaków niż płynięcia. Załoga chłopaków wywaliła się z kajakiem na jednym z progów. Nabrali wody, a jak ją wylali to okazało się, że ZGUBILI kartę do samochodu. DŁUGO jej szukaliśmy macając wodę wokoło. A może karta jest w kajaku? Nie ma, sprawdzałem. Macamy wodę dalej. W końcu Ania zajrzała do kajaka i okazało się, że karta i dokumenty są, w samiutkim dziobie kajaka. Uf, możemy płynąć dalej. Poszukiwania zabrały nam trochę czasu. Pogoda piękna, rzeka urokliwa, kto by się tym martwił. Nie jedna rzeka za nami. Co to dla nas. Dopłyniemy. Popłynęliśmy. Ale nie upłynęliśmy daleko. Przy drewnianej kładce nad rzeczką zrobił się zator. Kolejny postój? Nie to zatrzymali się najbardziej zmęczeni. Oni nie płyną dalej. No cóż. Dałam im nr telefonu do pana od kajaków. Poinformowałam, ze znajdują się u stóp wzniesienia Kościółki. Kilka kajaków przecisnęło się przez zator i popłynęliśmy. Krzyś z Agnieszką, Krzyś z Nikiem. Jarek, Roni, AniaM, Ewa i Karolina, ja i Daga - 7 kajaków. Krzyśki dopłynęli przez zmrokiem. Ania przesiadła się do Jarka a Roni wziął jej kajak na hol. A my zostałyśmy w tyle. Oni dopłynęli a my cztery nie. Zrobiło się ciemno i przy tak dużej ilości zwalonych drzew płynęło się kiepsko, gdy nie widzisz co masz wokoło. Decyzja, zostawiamy kajaki, idziemy do drogi i dzwonimy po naszych. Wyrzuciłyśmy kajaki na lewy brzeg. Olśniło mnie. Po lewej stronie nie ma drogi, nikt po nas nie przyjedzie. Nie, nie będziemy kajaków targać na druga stronę. My przechodzimy. Daga weszła i stwierdziła, ze nie jest głęboko. Jej woda sięgała przed pupę, ale Ewa niższa zmoczyła sobie tyłek. Wychodzimy na prawy brzeg i idziemy prosto. Ło! co to woda? Wysiadłyśmy na zakolu i doszłyśmy znów do rzeki. I nagle w lesie, w oddali zobaczyłyśmy światła samochodu. OK. Super. Cudownie. Jest dobrze, trzeba tam iść. Później okazało się, że to naszych, tych leniwców, przywiózł facet od kajaków. Cały czas dzwonimy do naszych. Tylko włączają się nam sekretarki, na polu nie było zbytniego zasięgu. Dodzwoniłam się do Ani, rusza po nas ekspedycja ratunkowa. A my idziemy w kierunku drogi bardzo ostrożnie. Na mapie były tu zaznaczone bagna. Jak w horrorze. Wokoło ciemno, między drzewami księżyc widać i jego nikłe światło oświeca nam drogę? las nam oświeca, bo drogi nie ma. Dwa kroki wprzód, jeden w tył. I nagle widzimy światła samochodu. Nie jest daleko. Hurra jesteśmy uratowane. Chłopaki zawiązali reklamówke na drzewie, aby wiedzieć gdzie jutro wrócić po kajaki. Jak się okazało, dnia następnego, zabrakło nam 30 min dnia aby dopłynąć do pola namiotowego.
Dzień następny. Rano chłopaki pojechali po nasze kajaki. Dopłynęli po 30 min i już całą bandą 11 kajaków popłynęliśmy dalej. Już nie pamiętam czy bandą całą, ale 11 kajaków musiało płynąć. Podejrzewam, że kilkoro się wyłamało. Dzień ładny, rzeka lajcikowa. Coś się działo, ale nie pamiętam.
To opisałam ja, Ania, 17-08-2016, czyli 9 lat musiało upłynąć, abym sobie przypomniała atrakcję Tanwi. A przypomniałam sobie bo mam ochotę na powrót na rzekę.
Tanew: ja i Daga, Nadia i Karolina, Krzyś i Niko, Aga i
Krzyś, Ania i Jarek, Dobruchowscy, Szczodry i Wojtek, Kasia i koleżanka Kasi, Ania
i Ania, Roni i EwaK, Izka i EwaCh (i Mysza) - 22 osoby i pies