Lubie, gdy wokoło coś się dzieje... przy okazji zabieram znajomych... bez nich nie byłoby tak fajnie! Uzupełniamy się :)A tu jest album naszych poczynań, tak ku pamięci :)
sobota, 5 marca 2011
Szczyrk
...w czwartek Pawelec zadzwonił, ze w piątek wyjeżdżają... Oddzwonię...Oddzwoniłam w piątek... jeżeli jest miejsce? Było.
Orczyki w Szczyrku to koszmar! Wróciłam zakwaszona, ale fajnie było, ale co przeżyłam...
Po godzinie jazdy na oślej łączce stwierdziliśmy, że nuuuuda, Jedziemy w górę, na Halę Skrzyczeńska. Wyciąg X. Dzisiaj wiem: 1350 m, różnica wzniesień 390 m, obok Bieńkuli. Kupiłam karnet na 10 wjazdów. Stanęliśmy w kolejce. Orczyki. OK., jeździło się na orczykach. Wsiadłam sama i jadę, Chłopaki za mną, we dwóch czyli deska i narty. Trasa wyślizgana, więcej lodu niż śniegu, i chorobcia dużo stromizny! Coraz gorzej! Bec! Leżę. Chłopaki się śmieją, pojechali dalej. Przeturlałam się do środka i wypinam narty. Górnej stacji nie widać, dolnej też. Gdzie ja jestem? Pytam mijających mnie narciarzy, dokąd mam iść, na górę, czy na dół? Zdania są podzielone. A jeden stwierdził, ze w bok. Wydało się być najrozsądniejsze, bo to co widać za drzewami to „Bieńkula”. Narty w jedną rękę, kijki w drugą. Muszę przejść przez trasę pod wyciągiem. Śliska. Poczekałam, aż kolejni wciągani mnie miną, wbiłam buty w lód i próbuję, przejść. Jeden kroczek, drugi i…. ziuuuuuuuu……………….. ślizgiem na plecach pędzę w dół. Widzę jednego snowboardzistę. Pędzę na niego, podciety!, już leży i mnie klnie. Następni krzyczą, abym się w bok, w las, kierowała. JAK! Nie panuję nad moim zjazdem po oblodzonym podłożu. Przerzuciłam się siłą woli na brzuch i próbuję skierować się w las. Czapka zsunęła mi się na oczy. Podnoszę ją z oczu! Wyobraźnia, pracuje i widzę swój brzuch poorany przez poprzycinane drzewka. Czubkami butów narciarskich wyhamowałam!
Leżę w lesie obok wyciągu i dyszę. Wstałam. Co mnie podkusiło, aby jechać na weekend do Szczyrku! W domu bym poleżała przed TV! O!
O! nie mam nart!. W pędzie zjazdu lub podczas przewrotu gdzieś je zgubiłam. Tylko gdzie ja teraz jestem?. Jak długo zjeżdżałam? Odetchnęłam, rozpięłam kurtkę – coś dziwnie mi gorąco :) No cóż, trzeba iść pod górę. Górka stroma, mało śniegu, bardziej oblodzona, niż naśnieżna, i kamienie. Wbijam się butami w stok, podpieram kijkami i idę szukać nart. Mozolnie, pnę się pod górę. Nie mogę iść wzdłuż trasy wyciągu, bo tam sosenki rosną. Spoglądam w bok wypatruję w krzaczorach moich żółtych nart. Jestem chyba na miejscu, skąd zaczynałam zjazd. Cudownie jestem po tej właściwej stronie! Gdzie moje narty? Pytam przejeżdżających czyli wciąganych obok mnie ludzi. Jedni nie słyszą, inni nie widzieli.
Dzwonie do kolegi: - zgubiłam narty.
- Jak?
Tłumaczę. Nie wierzy. Proszę, jak będziesz wjeżdżał wyciągiem to zerkaj na lewą stronę, w las, może zobaczysz gdzie leżą moje porozrzucane narty.
- ale ja jestem już dalej, na Małym Skrzycznym.
- poczekam. Rozłączyliśmy się. Pytam przejeżdżających czy widzieli narty.
- Jaki kolor?
– żółte.
– nie, niebieskie tylko leżą poniżej :)
Gdy tak czekam i pytam, jeszcze kilkanaście osób odpadło od orczyka. Jedni wchodzą pod górę, z nadzieją, że na wypłaszczeniu się znów podłączą. Inni schodzą na dół, są też tacy, którzy idą w bok tak jak ja. Ostrzegam, ze jest ślisko, jakiś dzieciak, zjeżdża, ale nie tak jak ja. Po jakimś czasie, Paweł dzwoni, że schodzi do mnie.
- Nie, to zły pomysł, lepiej zjedź i wjeżdżając rozglądaj się.
Jednak schodzi, dzwoni do mnie:
- widzę cię
- nie widzę Cię
- a to faktycznie nie ty, inna sierota stoi w lesie :)
Gdy usłyszałam, ze schodzi, sama zaczęłam schodzić i ponownie szukać w krzaczorach nart. Gdy jedną znalazłam, zobaczyłam Pawła. Szedł w głębi lasu i tam szukał nart.
Kolejny telefon do niego:
- zgubiłam je na brzegu lasu i dlatego chciałam, abyś szukał z wyciągu, jedną już mam
- szukamy.
Schodzę niżej, nie ma. Chyba sobie daruję. To były stare, kiepskie narty. Wchodzę znów pod górę, bo coś leży w krzakach. Jest druga. Paweł jest niżej, dzwonie do niego, ze już mam narty i schodzę do niego. Popatrzyłam w dół, popatrzyłam w górę. Oj, chyba lepiej znów podejść i iść w bok. Tam już ładna ścieżka wydeptana prze takie gapy jak ja. Po kilkunastominutowej wspinaczce. Przeklęłam buty narciarskie, ciężkość nart i siebie, dochodzę do Bieńkuli. Wpinam narty i… o! to jednak czarna trasa. Zjechałam. Na dole czekali pozostali. Opowiadali jak to oni się wywalili i odpuścili X na korzyść VIII z Soliska i dalszych na Halę. Pić! Idziemy na piwko. Wypijam jedno ze spritem. Nie po to kupiłam 10 wjazdów, aby teraz się opalać. Jedziemy!
Miły pan z obsługi, lekko „rozluźniony” podtyka mi orczyk pod dupkę. Mówię, ze chciałabym okrakiem jechać. O, to, tam dalej wjeżdżający tak robią. Próbuję, orczyk ucieka, spokojnie zakręcam i wracam do niego. O tak nie wolno robić! Na to ja, ze już leżałam w lesie, ze nikt tam się o mnie nie martwił, że zapłaciłam i chcę wjechać i będę próbować okrakiem! To proszę z kimś jechać. Z kim, ja tu nie ma wielu chętnych? Ale pojawił się narciarz i zdecydował się na wjazd ze mną. Opowiadał, ze sam miał taką przygodę i we dwoje wygodniej wjeżdżać. Wjechaliśmy! I później było fajnie
...ale jeździłam Hala Skrzyczeńska - Małe Skrzyczne (III, XIII) i Hala -Suche - Solisko (IV, XII i VIII)