sobota, 18 czerwca 2016

powrót na Wkrę czyli XXVII spływ

No jak to tak? Czerwiec i nie ma spływu. Myślałam, że uda się doczekać do tradycyjnego, lipcowego na Świdrze. Nie. Nie udało się. Jarek zadzwonił i namieszał.
Wracamy na Wkrę. Kilka maili i powoli zbiera się ekipa. Zbiera się i to całkiem nie mała. Mam już 9 kajaków obsadzone i kilka osób niepłynących, a do tego dwie prywaty! Uzbierało się nas 28 osób, 11 dzieciaków i 17 to reszta.

Plan jest taki, że zrobimy III i IV etap z 2012 roku, czyli:
sobota - Kępa --> Sobieski - ok 19km wg wypożyczalni (17km wg pamięci z 2012) tj ok 6h płynięcia
niedziela - Sobieski --> Joniec - ok 7 km (tu się zgadzamy :)

Jest tu jeszcze sauna, jest chęć skorzystania.




A tak to się odbyło! Totalna "nuda"! moje zdjęcia i film sklecony przez picase ze zdjęć
W piątek, tuż, tuż, po burzach, nawałnicach, huraganach i innych strasznych zjawiskach spotkaliśmy się w Sobieskach. Niebo było lekko zachmurzone i trochę mocniej wiało. Nas nic nie wystraszy. Gdy zjawiłyśmy się, my cztery super babki (Pani Ż, Pani J, Pani S i Pani Ewa), na polu namiotowym już byli nasi. Nasi to Państwo Ż z dzieckiem, Pan S też z dzieckiem. Po kilku minutkach przyjechali następni, Państwo P z dziećmi, Pani N z dzieckiem i Państwo N z dziećmi.

Rankiem przyjechali Pan N albo jak kto woli Roni, Państwo S z dziećmi i Państwo K również z dziećmi. Ale się tych Państw nazjeżdżało!

Pole namiotowe jest super! Nie ma światła, chociaż normalnie jest, nie ma wody, zwykle też jest. Wodę do spłukiwania wc pobieraliśmy z Wkry. Takie zniszczenie pozostawiła po sobie burza, nawałnica i co tam jeszcze.
W sumie to nic ciekawego, nic co by odbiegało od wcześniejszych spotkań, się nie wydarzyło. Namioty jak zwykle trzeba rozbić, grilla rozpalić, kiełbasę i kaszankę ułożyć i pilnować, i pilnować, i pilnować, aby się świetnie upichciło. Piwo trzeba otworzyć i %-ów sie napić. Nic nowego, nic spektakularnego... "nuda".

Jednak nie! 100 lat, 100 lat niech żyje, żyje nam, a kto? Jarek!!! Dzięki Jarkowi impreza była inna niż wszystkie...

Nastał sobotni ranek. Na niebie szare chmury i jakoś tak, tak dziwnie zimno. Prognozy zapowiadające upał nie potwierdziły się. Oj, dlaczego? Śniadanie itp, itd, czyli znów "nuda" i kolejne 100 lat, 100 lat. Czekamy na resztę. Jak na szpikach czekamy, aż dojadą i będziemy mogli wyruszyć na spływ. Są. Spływ możemy rozpocząć. Tradycyjnie obsuwa w czasie, nic zaskakującego.
Panowie z wypożyczalni wywożą nas do Kępy. 12:20 ruszamy, jest nas 11 kajaków. Rzeka, jak to rzeka, nuda. Ma tylko trzy przenoski. Pierwsza przy budowanym moście(?). Nie przenosimy. Roni zbadał jakie szanse są na spłynięcie i z Magdą spływają. Reszta robi to samo. Nie do końca to samo, bo nikt nie spłynął w parze, ale kajaków nie nosimy.
Tu miałam opisać przygodę Paulinki jako imigrantki do kajaka Piotrkowego i nową piosenkę o Barbarze, którą na prośbę Piotrka wymyśliła Mała Ania - "barabarabara".

Kolejna przenoska - przy starym młynie. I znów Magda z Ronim przepłynęli. Nie będziemy gorsi, przepływamy. Mnie udało się zawiesić kajak na kamieniach, innym jakoś gładko poszło. Krzysio tak delikatnie przepłynął, że nawet dziecka śpiącego nie obudził. Musiał jednak młodego wiosłem poprawić, aby nie wypadł, ale nie obudził!
Po stresującej przeszkodzie nastała chwila na kąpiel. Nie wszyscy skorzystali, chyba nie byli bardzo zestresowani.

Ostatnia przeszkoda - mała elektrownia wodna. Tu przenosimy kajaki. Jeszcze tylko chwilka, godzinka na wodzie i znów jesteśmy na polu namiotowym.
Mustangi przepłynęli odcinek w 4,5 godziny, nam to zajęło 5 godz a reszta, czyli ci co kąpieli zażywali przypłynęli później. Sorki, nie znam czasów poszczególnych ekip.
Nastało popołudnie. Smętnie przemieszczamy się po polu. Jacyś tacy wszyscy zmęczeni? Chyba udają! Tak, udają. Jedni jedzą w barze, inni się kąpią (bo jest już światło i ciepła woda, może nie najcieplejsza, ale jest), kolejni spożywają zupki chińskie, ot takie nic nie robienie.
Zasiadamy do wieczornego grilla. Ktoś go rozpala, ktoś inny wrzuca na niego co tam mamy jadalnego. Idę po zimne piwo. W barze Piotrek z Marcinem kupują piwa. Chyba zrobili zawody, kto więcej piw kupi. Z pełna tacą wracam do grilla. Tradycyjna "nuda" wróciła.

Nie damy się "nudzie". Nagle pojawia się piłka do siatki. Nagle tworzą się dwie drużyny. Nagle gramy i wygrywamy! Tak nagle to wszystko się zrobiło, że nie pamiętam wyniku meczu. Gramy, gramy, gramy, aż nagle zrobiło się ciemno. Z meczu są zdjęcia i filmy i nie wiem co tam jeszcze, może siniaki.
Zmęczeni (mówię o sobie) zasiadamy do stołu. Czas mija i robi się nas coraz mniej, odpadają co słabsze jednostki, selekcja naturalna(?). Coraz mniej dorosłych a większość dzieci nadal się bawi, chyba w chowanego. Trochę mi głupio iść spać przed dzieciakami. Na moje szczęście rodzice wciągnęli "maluchy" do namiotów. Mogłam iść spać o 11:59. Zostało kilku biesiadników, z zeznań innych wiem, że o 2-ej było już cicho.

Niedziela! Zaczęła się zupełnie inaczej niż sobota. Było słonecznie! I to tylko jedna różnica....
Śniadanie itp, itd. Hasło rzucone: ruszamy na spływ! Dziś też 11 kajaków. Słońce praży, krem z filtrem nałożony, płyniemy. Dziś tylko 7 km, czyli jakieś 1,5 godzinki. Rzeka ładniusia, żadnej przenoski....
Meta w Jońcu. Obiło mi się o uszy, że Mustangi przepłynęły ten kawał rzeki w 45 min (muszę to potwierdzić u Mustanga). Panowie z wypożyczalni przyjeżdżają po nas. Jesteśmy w Sobieskach. Jeszcze tylko wspólny grillowy obiadek i powolutku zbieramy się do powrotu do domu.
Byli i tacy co zostali do wieczora.
Kolejny spływ zaliczony.
Podsumowanie:
1) spotykamy się nad Świdrem - data nieznana, w okolicach Anny
2) jedziemy wspólnie w 2017 do CRO
3)  a może Islandia
4) a może wspólne narty
5)