czwartek, 20 października 2016

Bieszczady

Chodziło po głowie. Sylwia rzuciła pomysł, że jadą a my dołączyliśmy. Cztery dni, a dokładnie 3 dni w Biesach. Wędrujemy, podziwiamy, wędrujemy! O tak. Wędrowaliśmy.
Na miejsce, do schroniska Pod Wysoką Połoniną, dotarliśmy w środę nocą. Przy późnej kolacji ustalamy plan na jutro. Lajtowy. Rawki. No może Krzemieniec. Bo na Rabią Skałę i powrót do Wetliny nie mamy czasu. Październik, dzień krótki, trasa długa.

Przełęcz Wyżniańska - Mała Rawka - Wielka Rawka - Krzemieniec - Rabia Skała - Jawornik -Wetlina

I nastał czwartkowy ranek. Leniwie wstajemy, jemy śniadanie. Wychodzimy. Jest 9:30. O nie, nie na trasę, idziemy nad/pod wodospad. Kilka zdjęć. Pięknie. Idziemy dalej. Do sklepu. Zakupy. Kolejny sklep. Zakupy. Pod sklepem są busy. Negocjacje. Z 7 zł schodzimy do 6 zł. Jedziemy na Przełęcz Wyżniańską. Na szlak wchodzimy około 10:30. Słonko świeci, pięknie jest. Jak zwykle pod górkę mam zadyszkę i myśli "na co mi to?" Pozostali jakoś dają radę. Zazdroszczę im kondycji. Mała Rawka - pięknie. Duża Rawka - pięknie. To na Krzemieniec. Uff jak pięknie! Tu było tak pięknie, tak przepięknie że włączyła nam się opcja "niezniszczalni". Poszliśmy dalej. Była już 14 coś tam. Szliśmy, bo cóż można robić gdy do domu daleko? Z Rabiej Skały schodziliśmy z latarkami. Schodziliśmy już w kupie. Jak szliśmy pod górę to ja spowalniałam, jak szliśmy w dół to spowalniała Ewa. Na Jaworniku morale padło. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Wracamy jak najkrótszą trasą czyli zieloną - 45 min. Szłam i czułam się jakbym szła korytem wyschniętego, górskiego potoku, bo to było koryto rzeki, która płynie wiosną. Sylwia wpadła na cudowny pomysł. Zadzwoniła po busa aby podjechał jak najbliżej "każdy metr ma dla nas znaczenie". Na dole czekał na nas bus. Cudowny widok! I byłam na dole pierwsza. A to tylko dlatego, że w dół idę jak kozica a w górę, no cóż, nie lubię! A tak wygląda nasza wędrówka:



Wetlina - Przełęcz Orłowicza - Smerek - Połonina Wetlińska - Chatka Puchatka - Przełęcz Wyżnia

Dzień drugi. Dziś trasa króciutka. Wchodzimy na Wetlińską, dla chętnych bieg na Smerek, idziemy do Chatki Puchatka i w dół. Taki jest plan. Wstajemy. Ból. Wchodzimy po schodach - ból. Zejście ze schodów - ból. Idziemy! Dziś odpadły Magda z Sylwią. Sylwii padło kolano. My idziemy! Przez całą drogę na Przełęcz Orłowicza marudzę, że wracam. Marudzę, ale idę dalej. Bo pamiętam, że tam było pięknie. Jest pięknie. Panowie i Ala wchodzą na Smerek. Ja z Ewą pilnujemy plecaków. Ruszamy dalej. Pięknie! Pięknie i jeszcze raz cudowne widoki. Jakieś 30 min przed Chatką Puchatka zaczyna padać. No pięknie! Leje! Jeszcze piękniej, bo robi się błotniście i ślisko. Droga w dół z Chatki o jak błotniście i ślisko! Na przełęczy Wyżnej czekał na nas bus, ten sam cudowny bus.


Sobota. Dziś pada. Mocniej, słabiej, ale pada więc nie idziemy na szlak. Po kilku godzinach leniuchowania w schronisku stwierdzamy to nic, że pada, idziemy na obiad do Smerka do Karczmy Paweł nie całkiem święty. Pewne perturbacje i mamy stolik dla naszej bandy. Super karczma i pyszne jedzenie.
Po jedzeniu jedziemy do Bazy Ludzi z Mgły. Hmmm, fajnie było!

Niedziela - wracamy. Ewa z Ronim zaliczyli jeszcze Sine Wiry. W Polańczyku popatrzyliśmy na tamę i ziuuuu do domu.